San Damiano

Właściwie nie wiem, jak to się stało, że trafiłem do tego kościółka. Przypominam sobie tylko, że włóczyłem się po okolicy bez żadnego określonego celu rozmyślając o tym, co mnie spotkało w ostatnim czasie: o dziwnych snach, gdy chorowałem po powrocie z perugiańskiego więzienia, o tajemniczym głosie w Spoleto, który skłonił mnie do natychmiastowego powrotu do Asyżu, a przez to narażenie się na kpiny i szyderstwa sąsiadów oraz wielki gniew ojca, który nie lubił aby coś się działo nie po jego myśli. Tak rozmyślając, nie wiedząc kiedy, stanąłem przed San Damiano. Nie przedstawiał wtedy pięknego widoku. W jednym miejscu brakowało części dachu, zerwanego pewnie którejś jesiennej nocy przez szalejącą wichurę; ściany spękane od deszczu i wiatru, oplecione dzikim winem i bluszczem, który wciskając się w każdą najmniejszą szczelinę rozsadzał i tak już zniszczony mur. Żal mi się go trochę zrobiło. Stał tak niczym trędowaty – jeszcze żywy, a już rozpadający się. Podszedłem bliżej. Przez niedomknięte drzwi zajrzałem do środka. Widok nie lepszy niż na zewnątrz: zniszczona posadzka (gdzieniegdzie rosła trawa), brudny, dawno nie zmieniany obrus, pod dachem ptasie gniazda, wygaszona wieczna lampka.

Na wprost wejścia, na ścianie, nad ołtarzem, wisiała naturalnej wielkości ikona przedstawiająca Ukrzyżowanego. Słoneczne promienie wpadające do środka przez dziury w dachu, jakby ożywiały oglądaną scenę i postacie namalowane na desce. Coś kazało mi wejść do środka. Nawet nie zauważyłem kiedy klęknąłem. Spojrzałem na Ukrzyżowanego. Jakże był inny od Tego z asyskiej katedry św. Rufina. Tamten w koronie chwały, obwieszony klejnotami, rzec by – nieosiągalny; Ten – taki zwykły, prosty i ubogi, taki swój. Patrząc na Jego przebite ręce, nogi i bok, próbowałem sobie wyobrazić jak to było naprawdę. Powoli zacząłem sobie uświadamiać jaki jestem mały i słaby, jaki jestem zagubiony, nie wiedzący co z sobą począć. Cicho wymawiałem pierwsze słowa modlitwy, która rodziła się w moim sercu: „Najwyższy i pełen chwały Boże, proszę Cię, oświeć mnie swoją łaską… Proszę Cię, Panie, spraw, bym prawdziwie w Ciebie uwierzył, bym zawsze miał w Tobie nadzieję i abym tak jak Ty kochał… Proszę, oświeć mnie, żebym zrozumiał i poznał, czego ode mnie oczekujesz, tak bym mógł to Twoje święte posłanie zawsze wypełniać…”

Kiedy tak jeszcze wypowiadałem te słowa, uwagę moją przykuł malutki szczegół ikony: Chrystus nie patrzył na mnie, lecz gdzieś w kąt, na miejsce gdzie walały się belki i dachówki z rozbitego dachu, leżały przywiane wiatrem liście i połamane gałęzie drzew. Jeszcze raz spojrzałem na Jego twarz. Była smutna. Sam, przybity do krzyża, nie mógł się wziąć za wyremontowanie świątyni. Zresztą, przecież ma przebity bok, nogi i ręce… Właśnie – ręce… rozłożone. Jakby przed chwilą skończył pokazywać: „Popatrz Franciszku, widzisz jak wszystko się wali. Potrzebuję ciebie, potrzebuję twoich rąk. Franciszku – ty odbuduj mój dom!”. Serce zaczęło mi żywiej bić i choć nigdy nie miałem styczności z narzędziami murarskimi, zawołałem z radością: „Dobrze Panie! Co tylko zechcesz!”. Zerwałem się z kolan i wybiegłem z kościółka. W progu wpadłem na wchodzącego staruszka księdza, który widząc jaki jestem rozgorączkowany i podniecony, zapytał: „Co się stało?”. Już biegnąc odpowiedziałem radośnie: „Nic, nic. Zaraz wracam!” – trzeba się było przecież spieszyć. Sam Wielki Pan czekał!