Piotr Bernardone

Czy przeżyliście kiedyś gwałtowny huragan lub silną burzę?

Z początku tylko na horyzoncie widać malutką czarną kreseczkę, której towarzyszy przejmująca grozą cisza i brak jakiegokolwiek podmuchu. Nie trzeba jednak długo czekać, kiedy w straszliwym tempie zaczyna się zbliżać, rosnąć w oczach, zalewając ołowianymi, postrzępionymi obłokami cały widnokrąg. Równocześnie zrywa się wiatr targający drzewa, zrywający z głów kapelusze, zmuszający nawet człowieka, by ten się przed nim pochylił, jakby składając pokłon nieznanemu majestatowi. Szum wiatru przeplata się chwilami z, najpierw dalekimi i głuchymi, później coraz bardziej wyrazistymi grzmotami. Wreszcie następuje kulminacja: mocny wiatr w jednej chwili zamienia się w straszliwą, porywistą wichurę, która przygniata do ziemi i kładzie nie tylko te młodsze, bardziej elastyczne drzewa, ale nawet starsze, wielowiekowe, bardziej harde, twarde i oporne, nie przywykłe do okazywania posłuszeństwa, zmusza do uległości i ustępstwa; jeśli zaś go nie okażą i nie ugną się, czeka je bezlitosna zagłada. Nikt nie jest w stanie im pomóc. Leżą potem upokorzone, pozbawione życia, ukarane za to, że chciały postawić na swoim. Bezdusznemu wichrowi niemal nieustannie towarzyszy trupi blask błyskawic oraz ogłuszający huk gromów. Niebo raz po raz smaga swoimi ognistymi biczami pobliskie pagórki i szczyty, wieże zamków, czy dachy co wyższych domów. Czy doświadczyliście kiedyś czegoś takiego? Jeśli tak, to możecie sobie wyobrazić jaki jest ten, którego do niedawna nazywałem swoim ojcem: Piotr Bernardone.

Bardzo często objawia się jako właśnie taki nieujarzmiony w swym postępowaniu huragan. Łatwo wpada w gniew. Wystarczy odmienne zdanie, delikatny sprzeciw lub jakieś niepowodzenie w handlu i już, w jednej chwili, potrafi zmienić się w bezlitosny, okrutny żywioł. Krzyczy, rzuca przekleństwami, a w chwilach szczególnego gniewu, kiedy na przykład interesy przez niedbalstwo któregoś z najemnych pracowników przynoszą straty, potrafi chwycić rzemienny bicz i bezlitośnie wyłoić skórę winowajcy, nie bacząc, czy jest to młody chłopak, czy sędziwy, pochylony starzec. W takich chwilach, gdy chodzi o pieniądze lub honor signor Bernardone, nawet matka nie potrafi go powstrzymać. Wręcz przeciwnie, jeśli zbyt mocno i stanowczo oponuje, sama ściąga na siebie gromy męża. Mimo tego wszystkiego, jest on chyba jednak, na swój sposób, człowiekiem zdolnym do kochania i pełnym troski zatroskanym o swoją rodzinę.

Niejednokrotnie nam powtarzał, że to wszystko co robi, robi dla nas, że to dla nas tak się poświęca i że to dla naszego dobra. Bez wątpienia wszystko to mówił szczerze. Dobrze przecież pamiętam jego zatroskaną twarz – oblicze przeorane bruzdami zatroskania, a być może nawet i łez – kiedy wróciłem ciężko chory z niewoli w Perugii. Pamiętam, ile to poczynił zabiegów, ile złota poświęcił, abym tylko wrócił do zdrowia. Byłem wszak jego pierworodnym synem, jego chlubą! Nigdy też niczego mi nie odmówił, gdy go prosiłem. Do niedawna niemal każdego wieczora z jego sakiewki płynęły pieniądze na moją beztroską zabawę z przyjaciółmi. I chociaż nasza rodzina nie posiadała tytułu szlacheckiego, to jednak chyba właśnie ze względu na tę jego hojność, pod koniec którejś z nocnych wypraw okrzyknięto mnie Królem Asyskiej Młodzieży. Myślę, że ta jego gwałtowność ma swe źródło w tym, iż sam surowy i do przesady zdyscyplinowany w stosunku do siebie, nie potrafi tej surowości nawet na jotę popuścić wobec innych, wobec tych, którzy może posiadają słabszą wolę, inne wychowanie, którzy nie mają takich zdolności i możliwości jak on, którzy po prostu są może nawet i dobrzy, ale inni. Być może po części powodem tej surowości jest również paniczny niemal strach przed utratą tego wszystkiego, do czego przez lata doszedł.

Bogactwa i zaszczytów dorobił się ciężką pracą własnych rąk, sprytem oraz kosztem wielkiego ryzyka utraty zdrowia a nawet i życia podczas długich, samotnych podróży. Jest niezwykle pracowity. Do tego stopnia, iż czasami wydaje się, że praca zasłania mu wszystkie inne sprawy: rodzinę, dom, przyjaciół. Wstaje wczesnym świtem, kiedy niebo na wschodzie dopiero delikatnie pokrywa się różową poświatą – a w zimie nawet jeszcze wcześniej – i nie bacząc na deszcz, śnieg, czy mróz, idzie doglądać robotników w tkalni, w farbiarni, w sklepie. Bardzo często wyjeżdża w interesach: na targ do Spoleto, Perugii, Rieti, czasami nawet zapuszcza się aż poza granice Italii. Notabene, to właśnie podczas jednej z takich jego wypraw zagranicznych, do Francji, przyszedłem na świat, a kiedy on wrócił, pełen zachwytu oraz podziwu dla tej krainy i jej bogactwa, zamienił mi imię z Giovanni na Francesco.

Cały dzień spędza albo w warsztatach pilnując produkcji, albo w sklepie, by osobiście zachwalać towar i obsługiwać co znamienitszych klientów; wszak znane przysłowie mówi: pańskie oko konia tuczy. Tak jak wstaje pierwszy, tak też spać kładzie się jako ostatni, kiedy już po zamknięciu sklepu osobiście podsumuje zyski i straty.

Poznaliście już choć trochę osobę Piotra Bernardone. Na pewno zdziwiłem was, kiedy na początku wspomniałem, że do niedawna nazywałem go ojcem, teraz już nie. Tak, do niedawna tak było. Obecnie jednak mam już tylko jednego Ojca, Tego który jest w niebie. Piotr Bernardone wyrzekł się mnie przed całym miastem ciągnąc mnie najpierw jak wór przed oblicze czcigodnego biskupa Guido, gdy postanowiłem zrzucić z siebie zaczynające mi coraz bardziej ciążyć brzemię dostatku, bogactwa, pewności siebie, pewności jutra, kiedy zapragnąłem poślubić od wieków opuszczoną wdowę po Jezusie Chrystusie, błogosławioną Madonna Povertá. Nie starał się nawet mnie zrozumieć, czy wysłuchać. Dla niego byłem tylko tym, który stał się pośmiewiskiem całego miasta ośmieszając jednocześnie jego jako ojca, widział tego, który stał się przedmiotem zgorszenia i zhańbił jego honor, splamił jego dobre imię.

Teraz, za każdym razem, kiedy mnie spotka, przeklina i bluźni, ja jednak, chociaż przestał on być mi ojcem, nie zapominam o nim w swoich modlitwach i prośbach kierowanych do naszego wspólnego Ojca. Jest to bowiem w gruncie rzeczy biedny, zrozpaczony i chyba nawet samotny człowiek, którego dotychczasowy własny, prywatny świat, prywatne plany zostały pogrzebane, człowiek, który chociaż przecież poznał swoją bezsilność i małość wobec wielkości i niezmierzoności Bożej Opatrzności, wobec jej planów, to jednak cały czas pozostaje tym, który do końca nie chce się z nimi pogodzić. Może potrzebuje więcej czasu, może jeszcze, mimo swego wieku, nie dojrzał do tego, by zrozumieć jak wielka, kochająca, ale też i wymagająca potrafi być miłość Boża. Może potrzebuje jeszcze więcej jej doświadczyć, żeby to wszystko zrozumieć. Może, w końcu, potrzebuje jeszcze więcej naszej modlitwy, mojej modlitwy…?