Greccio

Wokoło cisza i biel.

Choroba nieprzejrzystą mleczną zasłoną odgrodziła mnie od żywych kolorów i piękna Bożego stworzenia. Leżę bezradny, zdany tylko na troskliwe, mocne ręce brata Leona i delikatne, opiekuńcze dłonie siostry Klary. Jednak to wszystko, co przyniosła ze sobą choroba, choć może wydać się to dziwne, nie tylko nie odebrało mi radości i pokoju płynącego z przyjaźni z Bogiem, ale nawet wprost przeciwnie, jeszcze bardziej pozwoliło mi tę przyjaźń pogłębić, umocnić i rozwinąć. Teraz, leżąc długimi godzinami w samotności i ciszy, jeszcze raz mogę spokojnie kontemplować to wielkie dobro, samo dobro jedyne dobro, Tego, który sam jest Dobry, wgłębiać się w te nieogarnione, nieprzeniknione tajemnice Bożej miłości, jak choćby bożonarodzeniową tajemnicę w Greccio.

Jakże bliska jest mi teraz ta głęboko w lesie, wśród skał ukryta pustelnia, w której blisko trzy lata temu w wielkim uniesieniu i z wielką tkliwością dane było mi przeżywać misterium Wcielenia Syna Bożego. Ta moja obecna bezradność małego dziecka, to przenikające mnie mimo wysokiej gorączki zimno, ta wszechogarniająca biel ślepoty – wszystko to, przypominając tamten mróz i biel śniegu pozwala mi dzisiaj radować się wielkością Bożej miłości, pozwala wczuć się w bezradność pierwszych ludzkich chwil życia wszechpotężnego Boga i Dawcy życia.

Tej pamiętnej, grudniowej nocy śniegu nasypało aż do kolan, a gdzieniegdzie nawet aż po pas. Wyjątkowo siarczysty mróz malował kwiaty na szybach, potoki i stawy więził potężnymi, białymi okowami, zaczerwieniał nosy i uszy wędrowców, oddech zamieniał w delikatną mgiełkę. Ciemny, nieruchomy las, jakby łakomy zwierz czyhał na zabłąkanych, zagubionych w drodze podróżnych, aby ich pożreć i bezlitośnie unicestwić swoją zimową potęgą. W tej niezbyt gościnnej scenerii tylko jedno miejsce zdawało się być przyjaznym, dającym bezpieczne schronienie – właśnie pustelnia w Greccio, uroczyście świętująca Boże Narodzenie. Tylko w tym miejscu, tam pod skalnym nawisem wesoło, ciepło błyskało światło, nic sobie nie robiąc z gdzieś daleko, z głębi puszczy niesionego, złowieszczego wołania braci wilków. Jakby na nowo w nieprzyjazny, ciemny świat grzechu i zła wkroczyła uosobiona łaska Boża. Na nowo powtórzyła się radość betlejemskiej nocy i tak jak wtedy czerń nocy zabłysła dziesiątkami świateł i radosnym Gloria!

W centrum głównej groty, w miejscu, gdzie bracia zawsze gromadzili się na wspólnej modlitwie, leżał wielki głaz oderwany kiedyś z powały – jakby naturalny ołtarz specjalnie na tę chwilę przygotowany przez Boga. Przed nim stanął zwykły kamienny żłób do karmienia bydła, ofiarnie, mimo zasp i wcześniejszej zamieci, przyniesiony przez braci z najbliższego gospodarstwa. W pobliżu, w prowizorycznej zagródce pobekiwało kilka owieczek. Także i one swymi głosami nieśmiało chciały uwielbić Nowonarodzonego. Zdawało się słyszeć ich cichy śpiew: Be…e…e…thlehem…, Be…e…e…thlehem…, Be…e…e…thlehem… Jakże słodko brzmiało to w tę świętą grudniową noc. Po drugiej stronie stał wół i osioł zaciekawione wyciągające swoje szyje w kierunku żłobu, pochylając się i jakby składając pokłon złożonej w nim figurce przedstawiającej Dziecię Jezus.

Maleńką grotę wypełniał tłum. Licznie przybyli mieszkańcy okolicznych wsi i samotnych górskich domostw razem z braćmi śpiewali pochwalne hymny i pobożne pieśni, niektóre z nich spontanicznie ułożone na tę jedną, jedyną okoliczność.

Dane mi było w tę noc, w czasie najświętszej ofiary, odczytać Ewangelię i głosząc kazanie zwiastować zgromadzonym w grocie ludziom wielką radość niebieską. W tej szczególnej chwili ja, niegodny przecież tak wielkiego wyróżnienia, otrzymałem łaskę być niczym anioł, który dwanaście wieków temu zstępując z obłoków niebieskich głosił ubogim, prostym betlejemskim pasterzom: Gloria in excelsis Deo et in terra pax hominibus bonae voluntatis! Ja, najmniejszy z braci i ostatnie ze wszystkich stworzeń, najbardziej nieużyteczny z nich, otrzymałem łaskę być narzędziem głoszącym światu nadejście Wielkiego Króla, którego wielkość objawiła się w tym, iż zechciał ze swego niebieskiego tronu chwały zniżyć się do poziomu człowieka i stać się małym, bezbronnym Dziecięciem, wyciągającym swe delikatne rączki w oczekiwaniu na nasz gest przyjęcia, na życzliwość i miłość, na dobroć i ciepło naszych serc, że zechciał, aby przytuliły Go i ogrzały ramiona zatroskanej Matki, błogosławionej Dziewicy Maryi i Jego opiekuna św. Józefa, aby zaopiekowały się Nim i nasze proste serca i ubogie ręce.

Ta niezwykła grudniowa noc 1223 roku była świadkiem długiej, niezwykłej adoracji. Dopiero z przyjściem różowego świtu ludzie zaczęli się powoli rozchodzić do swoich codziennych zajęć. Rozchodzili się w ciszy, zabierając ze sobą niezapomniane, duchowe przeżycia, którymi potem dzielili się ze swymi krewnymi i znajomymi. Lecz, co najważniejsze, zabrali ze sobą pokój. Pax in terra hominibus bonae voluntatis. Te cudowne doświadczenia betlejemskiej nocy w Greccio były źródłem ich przemiany, bowiem nawet o tym nie wiedząc, stali się oni prawdziwymi narzędziami Bożego pokoju. Stali się tymi, którzy swoją postawą sieją miłość tam gdzie panuje nienawiść, wybaczają krzywdy, zaprowadzają jedność w zwątpieniu, z tymi, którzy znajdują się w rozpaczy dzielą się nadzieją, wnoszą światło w mroki grzechu i wszystkich napotkanych zarażają Bożą radością. Począwszy od tego zimowego poranka stali się tymi, którzy nie chcą być pocieszani, ale sami chcą pocieszać, nie oczekują, iż ktoś będzie się starał ich zrozumieć, lecz sami pragną bezinteresownie rozumieć innych, a przede wszystkim chcą kochać nie pragnąc w zamian być kochanymi. To wszystko sprawiła, w nich, a także we mnie, ta jakże krótka, chociaż w rzeczywistości jedna z najdłuższych nocy w roku. Prawdziwie błogosławiona noc, podczas której przyszło ku nam po raz drugi, z dawna oczekiwane z wysoka wschodzące Słońce.