Brat chrześcijanin

Gorące, słoneczne lato powoli, leniwie odchodziło wraz ze znikającymi z pól złotymi łanami zbóż. W przepiękne, przepastne umbryjskie doliny, między połączone łagodnymi siodłami przełęczy szczyty rozlicznych wzgórz, równie cicho i delikatnie, jakby nie chciała nikogo przestraszyć, wkradała się z nieodłączną paletą pastelowych farb jesień, to tu, to tam chlapiąc nimi, na razie jakby od niechcenia. Górskie łańcuchy, na których stokach szarość i czerń skał mieszała się z coraz bardziej blednącą zielenią, z czerwienią i żółcią liści i traw, do złudzenia przypominały grzbiet wygrzewającej się w słońcu olbrzymiej jaszczurki, a gdy wieczorem krwistym zachodem słońce rzucało na nie swoje ostatnie spojrzenia i gdy pasterze rozpalali na pastwiskach pierwsze ognie, wszystko to przywoływało z pamięci obraz smoka walczącego ze św. Jerzym na witrażu nad głównym ołtarzem w kościele San Giorgio. Czuło się nawet wtedy w powietrzu jakąś dziwną tajemniczość i napięcie, tak, że byle okrzyk rozpoczynającego swe nocne łowy puszczyka, rodziło w duszy chęć natychmiastowej, panicznej ucieczki. W dzień jednak przyjemnie było włóczyć się po okolicy. Zewsząd dochodził radosny śpiew wieśniaków zrywających z drzew dojrzałe owoce, krzyki pomagających im, czy może raczej przeszkadzających im dzieci, delikatny szum wiatru, wesołe trele ptaków. Dzień podobny do dnia. Nic nie wskazywało na to, że ten właśnie będzie inny, że na zawsze zapadnie mi w pamięć.

Nigdy wcześniej nie myślałem, że coś takiego może mnie spotkać. Zresztą, to było nawet nie do pomyślenia, gdyż nawet samo to słowo było słowem-tabu, a jego wymawianie było przyjmowane jako złowieszcze i jako zabobonne, przysłowiowe wywoływanie wilka z lasu.

Trąd jest naprawdę straszliwą chorobą. Człowiek, będąc jeszcze żywym uważany jest i traktowany, a co gorsza nawet czuje się jak umarły. Zmuszony do opuszczenia swego majątku, życia zawodowego, często pozostawiony bez jakichkolwiek środków utrzymania, prawie zawsze odtrącony, nawet przez najbliższych, pozbawiony ciepła rodzinnego, życzliwości, czy słów otuchy, pocieszenia, a wręcz przeciwnie, kamieniami przeganiany z miejsca na miejsce, bez stałego dachu nad głową, żyjąc jakby był przeklęty przez ludzi i Boga.

Czasami, podróżując z ojcem w interesach, widziałem tych koczujących przy drogach nieszczęśników. Ich widok jeszcze wtedy napawał mnie wstrętem i wprost obrzydzeniem: zwyrodniałe kończyny bez palców, a raczej z ich kikutami, pokrytymi strupami, te zaropiałe, tworzące jedną wielką, otwartą i zabrudzoną ranę twarze, te nieruchome oczy, częstokroć nie wyrażające nic poza pustką i beznadzieją, te cuchnące, przepocone, nasiąknięte odorem gnijącego ciała i miesiącami, latami nie zmieniane odzienie, i ten monotonny, jednostajny, ostrzegający głuchym lamentem dźwięk kołatek: stuk, stuk, stuk…

I takiego właśnie, na wpół umarłego, spotkałem wczesnym jesiennym rankiem na drodze do Spoleto. Stał samotny na środku drogi, straszny, poczerniały, niczym jeden z jeźdźców apokalipsy, z ręką wyciągniętą w proszącym geście, w oczekiwaniu na jałmużnę.

W pierwszej chwili, w wielkim przerażeniu zawróciwszy wierzchowca chciałem uciec. Spiąć konia ostrogami i uciec gdzieś daleko, daleko, byle tylko nie widzieć, nie słyszeć, nie czuć… To był chyba naturalny odruch, myślę, że każdy na moim miejscu tak by postąpił i później, być może, chwaliłby się, że szczęśliwie uniknął powolnej, ale pewnej śmierci. W moim przypadku stało się jednak inaczej. Nie uciekłem. W jednej chwili przed oczyma stanęły mi setki nakładających się na siebie obrazów: delikatne ręce matki rozdającej chleb, ścielącej łóżko, wyciągnięte o zakrzywionych niczym szpony palcach, dłonie wydzierających sobie nawzajem jałmużnę żebraków na schodach bazyliki laterańskiej w Wiecznym Mieście, zacierane ręce ojca, gdy ubijał jakiś dobry interes, lub mamił bogatych klientów pięknym suknem, czy jedwabiem, drobne rączki dzieci, złożone w pierwszej samodzielnej, nieśmiałej modlitwie, zaciśnięte gniewnie pięści Żydów krzyczących Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!, spracowane na roli dłonie wieśniaków, niemal drapieżne, palce kupców, sprawnie przeliczające gotówkę, nieskazitelnie czyste dłonie kapłana, rozdającego wiernym najświętsze Ciało i Krew Pańską, zabrudzone i poparzone przy gorących kotłach ręce farbiarzy, wreszcie otwarte, rozłożone szeroko, przebite i krwawiące ręce Chrystusa na krzyżu w kościółku San Damiano, a to wszystko na tle najbardziej teraz wyrazistych, proszących rąk napotkanego trędowatego.

Zeskoczyłem z konia i z lękiem podszedłem do biedaka. I wtedy, jakby na zawołanie, przypomniały mi się słowa Piotra w Dziejach Apostolskich, kiedy to w świątyni, w Jerozolimie, przy bramie zwanej Piękną uzdrowił chromego od urodzenia: Nie mam srebra, ani złota, ale co mam to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! Niestety, ja nie miałem takiej władzy jak Apostołowie: Piotr i Jan, ale jakże mocno, z całego serca, pragnąłem mu coś dać, coś ofiarować. Gdzieś, w moich myślach, ale jakby nie pochodzące ode mnie, brzmiały inne słowa z Pisma św.: Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych braci Moich, Mnieście uczynili! Zrobiłem krok przed siebie i uczyniłem coś, czego sam się nie spodziewałem: obejmując go i przyciskając do swej piersi rzekłem: Nie mam srebra, złota również nie, ale daję ci to co posiadam dzięki Jezusowi Chrystusowi – i drżącymi z przejęcia ustami pocałowałem jego poranione, gnijące dłonie, a po chwili i stopy.

W tym momencie niesamowita radość i wielki pokój zapanowały w mojej, przed chwilą jeszcze skołatanej niepokojem duszy. I to co wydawało mi się dotychczas gorzkie, zmieniło mi się w słodycz duszy i ciała. Trędowaty już nie wydawał mi się odrażający. Dla mnie stał się bardzo potrzebującym, ciężko chorym bratem chrześcijaninem, którego Chrystus ukochał tak samo jak i mnie, jak każdego innego człowieka, za którego w tym samym stopniu co i za mnie oddał swoje życie na krzyżu, był jakby samym Chrystusem ukrytym pod postacią jednego z tych braci najmniejszych, Zrozumiałem to wszystko w tej jednej, krótkiej chwili, kiedy z pomocą Boża, z jego imieniem na ustach przemogłem swoją słabość i niechęć, kiedy dawałem to, co w tej chwili jedynie mogłem mu ofiarować: swoją bezinteresowną miłość.

Nasze spotkanie nie trwało długo. Wodą z zapasów na drogę obmyłem jego rany, podarłszy swoją koszulę opatrzyłem je i pożegnałem, dając na drogę wszystkie zapasy jakie miałem przy siodle. Odjeżdżałem wyśpiewując po francusku chwałę Panu. W głowie raz po raz huczały, jakby echem odbite słowa: Cokolwiek uczyniliście… Obróciwszy się na zakręcie już Go nie ujrzałem.

Niejednokrotnie jeszcze potem spotykałem braci chrześcijan, braci najmniejszych – jak ich od tej chwili zacząłem nazywać. Niejednokrotnie też, razem z braćmi, których na towarzyszenie mi w drodze pokuty powołał Pan, obmywaliśmy i opatrywaliśmy ich rany, karmiliśmy ich, okazywaliśmy im wszelkim sposobem serce i ewangeliczną miłość, to pierwsze jednak spotkanie najgłębiej wryło się w moje serce i duszę, aby później bardzo często, przy różnych okazjach gościć przed moimi oczyma, stale przypominając, że to co głupie i niezrozumiałe jest u ludzi, u Boga jest wielką, niezgłębioną mądrością.