Spowiedź czy przesłuchanie?
Dodane przez Titanic dnia 27-09-2006
Jak się przeważnie spowiadamy? Najczęściej przypominamy sobie wszelkie wykroczenia wobec prawa – Dekalogu, przykazań kościelnych, różnych apeli proboszcza czy innych księży odwołujących się do naszego sumienia... Jeśli ich nie wypełniamy, czujemy się nie w porządku. Liczymy, ile razy zrobiliśmy coś złego, i przedstawiamy to w sakramencie pokuty. Taka spowiedź jest oczywiście ważna, ale nie do końca dobra. Dlaczego? Ponieważ traktujemy w niej Pana Boga wyłącznie jako sędziego, a spowiedź jako proces sądowy czy przesłuchanie. Proces, podczas którego musimy wypowiedzieć jak najdokładniej wszystkie nasze grzechy. Bóg i tak je zna, więc nie mamy żadnych szans ich przed Nim ukryć, ale z sobie tylko znanych powodów zmusza nas do ich wyjawienia – dlatego skrupulatnie to robimy.

Uzdrowienie

Dużo trafniejsze jest traktowanie spowiedzi jako sakramentu uzdrowienia mego wnętrza.

Dobra spowiedź to taka, do której przystępuję nie jako przestępca, ale jako człowiek chory, człowiek, który potrzebuje uzdrowienia, który jest poraniony przez popełnione zło, przez grzech. W dobrej spowiedzi nie przychodzę po sprawiedliwą karę, ale po uzdrowienie z tego wszystkiego, co mnie wewnętrznie poraniło. Bóg nie jest tylko sędzią – jest przede wszystkim lekarzem. Do sakramentu spowiedzi możemy odnieść wszystkie fragmenty w Ewangelii mówiące o uzdrawianiu: Jezus dotyka sparaliżowanych, ślepych, głuchych i uzdrawia ich. Tak samo dotyka tego wszystkiego, co jest w nas chore i zranione wskutek zła. Każdy grzech, który popełniamy, jest wymierzony przeciw nam samym – natychmiast lub w jakiejś dalszej perspektywie czasu powoduje w nas spustoszenie. Jeżeli jesteśmy gotowi powierzyć Bogu popełnione przez nas zło, On w sakramencie spowiedzi to spustoszenie leczy.

Bardzo wiele trudności sprawia nam znalezienie odpowiedzi na pytanie: z czego się spowiadać? Nie jest ono jednak najważniejsze. Najpierw musimy siebie zapytać: “Kim ja jestem w czasie spowiedzi? Kim jest wówczas Bóg?” Znalezienie prawdziwych odpowiedzi na te pytania przed przystąpieniem do sakramentu pokuty jest czymś niesłychanie ważnym. Jeżeli Bóg jest Lekarzem, a ja człowiekiem cierpiącym wskutek choroby grzechu, to celem spowiedzi jest powierzenie Mu wszystkiego, co we mnie chore, co zostało pokaleczone przez zło.

Kiedy robimy rachunek sumienia ze swoich zranień, z pokiereszowania przez grzechy, często bardzo trudno jest nam odróżnić, w czym zawiniliśmy, a co jest złem przez nas niezawinionym. Jeżeli mam na przykład problemy z czystością, z jednej strony mogę stwierdzić, że to moja wina, bo to moje decyzje, ale z drugiej strony, w czasie takiego “procesu”, mogę znaleźć pewne okoliczności łagodzące, np. to, że jestem obciążony konkretną historią moich przeżyć, że są pewne uwarunkowania społeczne, jakieś zewnętrzne naciski itd. Nie ma jednak większego sensu tego wszystkiego rozplątywać, trzeba to po prostu Chrystusowi oddać: “Panie Boże, jestem nieczysty, uzdrów mnie. Uzdrów we mnie to wszystko, co ze zła nieczystości się bierze”. Kiedy spowiadam się z niewiary, z tego, że nie potrafię zaufać Panu Bogu, mogę zadać sobie pytanie: “Dlaczego tak się dzieje?” Być może zostałem zdradzony przez kogoś bliskiego, zostawił mnie mój narzeczony (narzeczona), dowiedziałem się czegoś złego o niej (o nim), o kimś bardzo bliskim. To nie jest moja wina. Moją winą jest natomiast to, że nie potrafię tego doświadczenia przeżyć w wierze. Spowiedź nie jest wyłącznie biciem się w piersi i wołaniem: “To moja wina!” To przede wszystkim błaganie o pomoc. Spowiedź to prośba o miłosierdzie, o wybawienie z tego wszystkiego, z czym sam nie mogę sobie dać rady, ponieważ jestem słaby i grzeszny.

Nie kochałem siebie siedemnaście razy

Nie sądźmy jednak, że podczas spowiedzi konkretne grzechy nie są istotne. Są ważne. Nie chodzi jednak wyłącznie ani nawet przede wszystkim o wyliczanie poszczególnych przekroczeń prawa, ale o znajdywanie w sobie “obszarów ciemności”, miejsc, które nie pozwalają mi kochać Boga, innych ludzi i samego siebie. Najważniejsze przykazanie to przecież przykazanie miłości. Jak się spowiadać z jego przekraczania? Że nie kochałem siebie od ostatniej spowiedzi siedemnaście razy? Wszyscy mamy problemy z miłością, z akceptacją siebie, z dostrzeganiem w sobie Bożego obrazu. Przejawia się to w różnych formach i wynikają z tego faktu różne problemy. Przyczyna tkwi jednak w tym, że nie potrafię siebie kochać. “Panie Boże, moim grzechem jest to, że nie potrafię siebie przyjąć takiego, jakim jestem. Przejawia się to w tym, że zazdroszczę, że jest we mnie zawiść, gniew, że się kłócę z innymi...” Moment przekroczenia prawa nie jest najważniejszy.

Lepiej oddać za dużo

A co z pytaniem: z czego się spowiadać? W pewnym momencie życia człowiek już wie, kiedy grzeszy. Wtedy nie potrzebuje już opierać się na różnorakich rachunkach sumienia. Rachunki sumienia wyliczane w punktach są być może dobre na początku, kiedy dopiero uczymy się spowiedzi, kiedy dojrzewamy w wierze. Ale gdy ona już w nas okrzepnie, wystarczy spojrzenie w przeszłość i przypomnienie sobie, jak wyglądało moje życie od ostatniej spowiedzi. Gdzie były momenty niewierności, kiedy Pan Jezus – jak sądzę – nie był zachwycony moim postępowaniem, kiedy odwracałem się od Niego. Nie chodzi jednak tylko o same uczynki. Być może jest tak, że nic złego nie zrobiłem, ale za to rośnie we mnie lęk i niewiara albo też nienawiść do kogoś, mimo iż od ostatniej spowiedzi tej osoby wcale nie spotkałem. To we mnie tkwi. Nie są to grzechy uczynkowe, a raczej “postawy serca”, które też trzeba Bogu oddawać. Człowiek nie jest sekretarzykiem z wieloma szufladkami, z których każda mieści coś innego. Wszystko się w nas gdzieś miesza. Jak odróżnić uczucie, które nie jest grzechem, od myśli czy pragnienia, która już nim jest? Gdzie przebiega granica? “Tylko czułem, ale wcale nie myślałem, czułem, ale wcale nie pragnąłem, żeby to się wydarzyło?” To są linie podziału, których przeprowadzanie jest dosyć karkołomne. Dlatego też zamiast dzielić włos na czworo i wplątywać się w niekończące się analizy swego wnętrza, lepiej po prostu o wszystkim Panu Bogu w spowiedzi opowiedzieć.

Lepiej oddać Mu za dużo niż za mało. Jeżeli coś nie jest “do końca” grzechem, to nic się nie stanie, jeśli to Bogu oddamy. A po co zostawiać dla siebie coś, co rzeczywiście mnie niszczy i dusi, coś, co mnie przerasta, i wmawiać sobie jednocześnie, że daję sobie z tym radę i nie potrzebuję łaski?

Co jest najważniejsze?

Przed spowiedzią nie potrzebujemy dzielić swoich grzechów na lekkie i ciężkie. Taki podział jest potrzebny tylko wtedy, gdy stoimy przed dylematem, czy przystąpić do Komunii, czy nie. Jeżeli uznaję, że któryś z moich grzechów jest ciężki, to nie przystępuję, ale wybieram się do spowiedzi. Natomiast spowiadać się tak czy owak należy zawsze regularnie, niezależnie od tego jakie to są grzechy, po to, aby Boga do siebie zapraszać i prosić o uzdrowienie.

Kościół mówi, że do sakramentu pokuty należy przystępować przynajmniej raz do roku. Jeżeli ktoś nie spowiada się częściej, to wcale nie znaczy, że jest złym chrześcijaninem. Każdy musi odpowiedzieć sobie sam na pytanie, jak często ma to robić, jaka częstotliwość jest dla niego najlepsza. Osobiście uważam, że pójście do spowiedzi raz do roku to mało i wystarcza jedynie do jakiejś religijnej wegetacji, ale nie do duchowego wzrostu.

Z sakramentem pokuty często wiążemy różne “ludzkie” oczekiwania. Przychodzimy do spowiedzi oczekując od kapłana pocieszenia czy umocnienia, czasem chcemy po prostu wyrzucić z siebie jakieś problemy... Nie ma w tym nic złego, ale zawsze warto rozważyć, czy w danej sytuacji jest to możliwe. Jeśli przede mną stało w kolejce do konfesjonału dwadzieścia osób i każda spowiadała się dwie minuty, to nie mam raczej co liczyć na to, że zostanę potraktowany inaczej. Jeżeli czegoś po ludzku oczekuję, to muszę racjonalnie zważyć, czy to otrzymam. Zawsze jednak mogę wyznać swoje grzechy i otrzymać rozgrzeszenie.

W sakramencie spowiedzi najważniejsze jest to, co ja mówię, a nie to, co słyszę od księdza.

Nie wolno zapominać, że w spowiedzi najważniejsze jest uświadomienie sobie tego, co jest we mnie ciemnością, oddanie tego Bogu i przyjęcie w wierze rozgrzeszenia. To jest sakrament, to jest dotknięcie Jezusa w cudzie uzdrowienia. Uzdrowienie może się czasem dokonać dzięki słowom pouczenia wypowiadanym przez konkretnego kapłana, ale dotknięcie z Bożą mocą dokonuje się zawsze w słowach rozgrzeszenia, bez względu na to, jaki ksiądz i w jaki sposób je wypowiada. Wszystko zależy od mojej wiary, od otwarcia się na łaskę, która jest w sakramencie, a nie od tego, czy zostanę wysłuchany, zrozumiany, mądrze pouczony... Rozmowa, słowa pocieszenia to tylko elementy wspomagające, które są bardzo ważne, ale nie najistotniejsze. Jeżeli jednak czegoś takiego potrzebuję, chcę być zrozumiany, potrzebuję kogoś, kto mi wyjaśni, co się właściwie ze mną dzieje, to muszę zważyć, czy w tej sytuacji, w tym kościele, z tym księdzem, w tym czasie jest to możliwe. Jeżeli tego nie zrobię przed spowiedzią, mogę doświadczyć bardzo bolesnego rozczarowania.

Najlepszą pomocą w zaspokajaniu tych “ludzkich” potrzeb jest instytucja stałego spowiednika. Sądzę jednak, że stały spowiednik jest potrzebny tylko na pewnym etapie wewnętrznego rozwoju człowieka, w okresie jego intensywnego duchowego wzrostu, największych poszukiwań, dojrzewania, kiedy człowiek nie zna odpowiedzi na najważniejsze pytania, kiedy szuka trochę po omacku, wyrzucając z siebie wszystko, co jest w nim jakimś bólem, smutkiem, niezrozumieniem. Zostawia to wtedy księdzu, by ten nazwał, co jest czym i spróbował pomóc poukładać to, czego sam żadną miarą nie potrafię uporządkować. W pewnym momencie przestaje to jednak być konieczne.

Brak miłości

Normalna spowiedź polega na tym, że nazywam swoje grzechy, nazywam tę ciemność, która we mnie jest, zastanawiam się, skąd się ona tam bierze, w jaki sposób wyraża się w moich myślach, uczuciach, zaniedbaniu, lękach itd. Spowiadam się z tego i przyjmuję łaskę rozgrzeszenia. Tak po prostu.

A więc jak się spowiadać? W przypowieści o synu marnotrawnym (czy raczej o miłosiernym ojcu) widzimy dwie postawy: młodszego i starszego syna. Ten pierwszy przychodzi do ojca mając na sumieniu różne grzechy: nierząd, pijaństwo, hazard itd. i mówi: “Ojcze, zgrzeszyłem względem ciebie, zgrzeszyłem względem twojej miłości. To jest mój grzech”. Są uczynki, które popełniliśmy, ale najważniejsze jest to, że zgrzeszyliśmy przeciw miłości, miłości Boga, bliźnich, siebie. Starszy brat też zgrzeszył brakiem miłości. Ale jego spowiedź pewnie wyglądałaby mniej więcej tak: “Czegoś zapomniałem, gdzieś dwa razy nie byłem, coś zaniedbałem”. A ten młodszy ciągle powtarza: “Ojcze, zgrzeszyłem, bo nie kochałem ciebie”. I on jest ojcu bliższy.

Jacek Krzysztofowicz OP

"List" 3/2003
www.list.media.pl